Nie przegap
Strona główna » Felietony » O tym jak Dziędziel został aktorem

O tym jak Dziędziel został aktorem

DSC_9137Aktor filmowy i teatralny. laureat niezliczonej ilości nagród. ulubieniec Wojciecha Smarzowskiego. Charakterystyczny, wyrazisty, wybitny!  O tym co niezwykłego jest w teatrze z Marianem Dziędzielem rozmawia Elżbieta Solak.

Elżbieta Solak: Panie Marianie, Pana filmografia jest imponująca, do tego niezliczone role teatralne. Jak to wszystko się zaczęło…

Marian Dziędziel: Bakcyla złapałem już w dzieciństwie. Mój Ojciec pochodził z Zaolzia. Wtedy na Śląsku ludzie organizowali różne festyny, teatry. Nie było telewizora, a trzeba było dać ujście emocjom. Tato również zorganizował zespół teatralny wraz z kolegami. Składał się on z członków straży pożarnej, związku piłkarskiego. Wystawili m.in. ,,Zaczarowane koło” Lucjana Rydla czy ,,Zemstę” Aleksandra Fredry. Dekorację na spektakle Ojciec robił w domu. Wycinał na stolarce różne drewniane rekwizyty, robił kulisy, malował. Wszyscy wzajemnie sobie pomagali. Przyglądałem się temu, aż w końcu pojawiła się w głowie taka myśl, która z czasem nabrała wartości. Na moją decyzję wpłynęła też przyjaźń z pewną Danusią. Dziewczyną, której ojcem chrzestnym był mieszkający w sąsiedniej miejscowości Franciszek Pieczka. Wiedziałem, że kiedyś Danusia wyjedzie ze wsi i postanowiłem zrobić podobnie ze strachu przed rozstaniem. Niestety tylko ja dostałem się do szkoły teatralnej i w efekcie to ja wyjechałem. Bardzo się bałem na początku. Obawiałem się, że kiedyś wrócę do Gołkowic i będę nazywany ,,niedoszłym aktorem”. Myślałem nawet o pójściu do seminarium, ale rektor powiedział mi, żebym dostał się lepiej do szkoły teatralnej bo w seminarium długo nie wytrzymam.

E.S.: I w końcu pojechał Pan na egzamin..

M.D.: Tak, modliłem się, żeby dostać się do szkoły teatralnej, ale nie zdawałem sobie sprawy, że mój akcent śląski jest tak charakterystyczny. Kiedy na egzaminie mówiłem ,,Stepy Akermańskie” A. Mickiewicza widziałem jak Profesorowie z coraz większym zdziwieniem pochylają głowy. Cieszyłem się,  myśląc, że są pozytywnie zaskoczeni moim talentem. Tymczasem chodziło o mój akcent! Potem powiedziałem jeszcze m.in. ,,Bagnet na Broń” W. Broniewskiego i poczułem, że nie jest dobrze. Stojąc na korytarzu podszedł do mnie profesor i powiedział ,,Wie Pan, zdecydowaliśmy, że przyjmiemy Pana do szkoły, ale proszę mi obiecać, że nauczy się Pan mówić z prawidłowym akcentem, normalnie, po polsku”. Wiedząc, że się dostałem z pełną radością i przejęciem odpowiedziałem  po śląsku ,,Ja, naucza się”.

E.S.: Marzenia się spełniły, stanął Pan na scenie teatralnej..

M.D.: Najbardziej pamiętam ten moment kiedy obroniłem prace magisterską. Wyszedłem wtedy ze szkoły teatralnej przy Starowiślnej, stanąłem na skrzyżowaniu i myślałem.. gdzie ja teraz pojadę? Nawet trochę się rozpłakałem. Niby wiedziałem, ze mam angaż do teatru Słowackiego, ale czułem, ze coś się skończyło. A potem wszystko zaczęło się układać. Dostałem rolę Widmo w spektaklu ,,Wesele” Wyspiańskiego w reż. Lidii Zamkow w zastępstwie za kolegę, który odszedł. Grała wtedy ze mną w sztuce jedna z profesorek ze szkoły teatralnej – rolę Marysi. Podczas wspólnej kwestii obojgu drżały nam ręce i głos. Pani reżyser powiedziała wtedy ,,Pierwszy raz usłyszałam prawdziwe duchy”. Była jeszcze taka sztuka pt. ,,Kulig” Jozefa Wybickiego. Tego nigdy nie zapomnę i do dzisiaj sam sobie się dziwię, że pamiętam z tej sztuki piosenkę. ,,Nadziejo moja miła, tyś mego życia ozdobą…” Powiedziałem sobie wtedy, że takie trzy cnoty: wiara, nadzieja i miłość są bardzo ważne i strasznie chce się im oddać, z nimi żyć i być im posłusznym.

E.S.: Kiedy zaczynał Pan swoją przygodę z aktorstwem miał Pan mentora, wzór do naśladowania?

M.D.: Oczywiście. Każdy ma kogoś takiego, zależy w też w jakim momencie się jest w życiu. Było wtedy w Polsce i na świecie wielu wybitnych aktorów. Oni wszyscy byli ludźmi wartymi naśladowania, gdyż każdy z nich ,,coś umiał”, a ja jeszcze nic. Ceniłem bardzo aktora Franciszka Pieczkę. Na poziomie szkoły teatralnej naszym wzorcem utalentowanym, wielkim aktorem był Jerzy Trela.

E.S.: Co według Pana jest trudniejsze – rozśmieszanie widza czy wprowadzanie w nastrój smutku, nostalgii..?

M.D.: Wszystko zależy od okoliczności, ale śmiać się jest dużo trudniej. Co więcej grać komedie jest dużo trudniej! Łzy można wywołać, troszkę można zrobić to sztucznie. Podczas grania dramatu klimat sceny udziela się wszystkim. A komedia to już moje zadanie, aby widza sprowokować do śmiechu.

E.S.: Zagrał Pan ponad 60 ról na deskach teatru. Czy w chwili obecnej jest Pan zadowolony z kariery teatralnej?

M.D.: Mogło być lepiej.. Nie wszędzie układało się tak  jak powinno. Były czasy kiedy w Polsce działy się różne rzeczy. Także w teatrze. Był moment zmiany dyrektora w teatrze Słowackiego w Krakowie. Mnie zaangażował prof. Dąbrowski. Po nim była Krystyna Skuszanka, która przyprowadziła swoich aktorów, ja grałem mniej. W stanie wojennym praktycznie w ogóle nie graliśmy. Potem był remont przez który wypadliśmy z obiegu. To był okres kiedy było dużo ról do zagrania, a nie było możliwości, reżyserów. Nie chciałem jednak odchodzić z teatru . Nie grałem może tyle ile chciałem i takich ról jakie chciałem, ale dużo grałem. W teatrze nauczyłem się zawodu! To cudowna rzecz, gdzie za pieniądze można się uczyć. To ciągła nauka, powtarzanie, przygotowywanie się, kolejna rola i znowu coś nowego. To doświadczenie daje efekty.

E.S.: Czuć w pana głosie pewien sentyment..

M.D.: Tak! Bo teatr to jak lot samolotem. Kurtyna idzie w górę, nie umiesz tekstu – spadasz. Wszystko się rozsypuje.  W filmie jest ta  świadomość, że zawsze można powtórzyć. Teatr to coś innego. Inny stres, inne napięcie. Teatr jest wspaniały! Jak kurtyna idzie w górę słyszy się ten szum, to napięcie wewnątrz, te ostatnie przygotowania. Gong! Kurtyna w górę!  Trzeba grać!

E.S.: Wielu dziennikarzy często powtarza, że rolą Wojnara w Weselu Wojciecha Smarzowskiego podbił Pan serca widzów. Czy ta rola faktycznie tak wiele zmieniła w Pana karierze?

M.D.: A czy wg Pani podbiłem?

E.S.: Zdecydowanie!

M.D.: No to ma Pani odpowiedź. Ten film faktycznie zrobił furorę. Nie w momencie kiedy pojawił się na ekranach, ale kilka miesięcy później. Dostałem za tę kreację kilka wyróżnień i to faktycznie był przełomowy moment w mojej karierze. Czasami tak się zdarza, że spełnia się to na co człowiek czeka. Ale trzeba na to pracować..

E.S.: Jak to się dzieje, że każdy film w jakim bierze Pan udział jest filmem dobrym, a nawet wybitnym. Jak dobiera Pan role, czy już na etapie czytania scenariusza wie Pan, bądź ma przeczucie jaki oddźwięk będzie miał film?

M.D.: Mógłbym powiedzieć, ze ja po prostu jestem genialny w wyborze. A tak poważnie to nie mówmy o szczęściu, żeby nie zapeszyć, chociaż faktyczne uważam, ze troszkę go tutaj jest. Trafiam na tych ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. I wiedzą czego chcą od filmu. Co więcej czytam scenariusze i dociekam co może z niego wyjść. Rozmawiam też z reżyserem. To bardzo ważne!

E.S.: Aktor zapracowany. A czy czasami ma Pan chwilkę tylko dla siebie?

M.D.: Oczywiście! Aż za dużo, a przecież jak dużo się siedzi to się kości starzeją. A jak człowiek pracuje to i energii ma więcej. Czasami jadę w góry, pochodzę po lesie, latem pracuję w ogrodzie.

DZIĘKUJĘ ZA ROZMOWĘ

Elżbieta Solak